Azyl, w którym serce bije dla tych, którzy nie potrafią prosić o pomoc
Reportaż z Anetą Szymczykowską – prezeską Fundacji „Azyl u Anety” i uczestniczką programu „Rolniczki”
Jest takie miejsce, w którym dźwięki nie milkną nigdy. To szczekanie, parskanie, tupot kopyt i ciche popiskiwanie. Każdy z tych odgłosów to czyjaś historia – dramatyczna, porzucona, czasem ocalona w ostatniej chwili. Jesteśmy w „Azylu u Anety” – miejscu stworzonym przez Anetę Szymczykowską, kobietę, która postanowiła oddać swoje życie tym, którzy sami nie potrafią poprosić o pomoc.Aneta nie planowała zostać „aniołem” dla zwierząt. Była mamą, żoną, pracowała zawodowo. Wszystko zmienił pierwszy uratowany koń. Potem pojawił się drugi, trzeci… a wraz z nimi psy, koty i dzikie zwierzęta. Punktem przełomowym była sarenka – wyciągnięta z brzucha śmiertelnie potrąconej matki. Ważyła zaledwie 72 dekagramy. Wymagała specjalistycznej opieki, koziej siary i mleka. Przeżyła. Dziś jest symbolem azylu i przewodniczką wszystkich „dzikusów”.– Zwierzęta są ze mną od zawsze. Od dziecka – mówi Aneta. – Rodzice mieli gospodarstwo, były konie, krowy, owce, kozy. Już wtedy ratowałam wszystko, co się dało. Nawet myszy przynosiłam do domu.Azyl nie powstał z dnia na dzień. To była droga pełna nieprzespanych nocy, bólu i nauki. Dzikie zwierzęta wymagają szczególnej wiedzy – każda sarna, każdy jeleń to indywidualna historia. Gdy trafia maluch, Aneta wstaje co półtorej godziny, by go karmić. Tak wygląda codzienność.– Nie ma tu niedzieli ani świąt. Urlopu nie miałam od 20 lat. Zwierzęciu nie powie się: „Dziś Boże Narodzenie, dziś nie jemy” – mówi bez cienia żalu.Dzień w azylu zaczyna się o piątej rano i kończy po północy. Karmienie, sprzątanie, leczenie, naprawy ogrodzeń, przygotowywanie paszy. A między tym wszystkim – obowiązki sołtysa. Bo Aneta nie tylko ratuje zwierzęta, ale też działa dla ludzi.Największym wyzwaniem są pieniądze. Leczenie, szczepienia, karma, budowa wiat, ogrodzeń, przygotowanie zapasów na zimę – wszystko pochłania ogromne środki.– Zwierzęta pochłaniają pieniądze codziennie. A dzikie są dodatkowo wykluczone przez system. To wciąż „zwierzęta państwowe”. Słyszałam nieraz: „To tylko dzikie zwierzę, niech zostanie w rowie”. Tylko że takie zwierzę umiera w męczarniach. Albo jest zjadane żywcem przez drapieżniki – mówi Aneta.Wiele osób nie wie, że pomagając potrąconemu zwierzęciu, nie ponosi żadnych konsekwencji. Ucieczka z miejsca zdarzenia – już tak. Mimo to wciąż zdarzają się kierowcy, którzy się nie zatrzymują.Dziś w azylu przebywa ponad 50 zwierząt: konie, sarny, jelenie, daniele, dziki, koty. Każde z nich ma swoją historię. Jak Malina – cielę uratowane w ostatnich sekundach porodu, które trzeba było reanimować przez 40 minut. Dziś jest „gwiazdą” azylu.– Jestem twarda na zewnątrz, miękka w środku – przyznaje Aneta. – Płaczę, ale po cichu. Czasem w stajni, przy zwierzęciu.Udział w programie „Rolniczki” przyniósł rozpoznawalność i realną pomoc. Ludzie zaczęli przysyłać karmę, wpłaty, przywozić jabłka, marchew, zboże. Dzięki temu można było kupić siano na zimę, sprzęt, opłacić leczenie.– Ja nie chcę być „ładną panią w szpilkach przy zwierzętach”. Pokazuję się taka, jaka jestem na co dzień. Klnę, brudzę się, pracuję. I nie mam potrzeby się przypodobać – mówi wprost.Marzenia? Proste i wielkie jednocześnie.– Gdybym wygrała w totka, wykupiłabym wszystkie pola wokół i stworzyła azyl na ogromną skalę. Dla wszystkich dzikich zwierząt, także ptaków. Chciałabym, żeby miały swoje miejsce, swój dom.A gdyby mogła zmienić jedną rzecz w ludziach?– Chciałabym, żeby zrozumieli, że to my wchodzimy w świat zwierząt, nie one w nasz. Droga biegnie przez ich dom. Zabieramy im lasy, łąki, przestrzeń. A potem dziwimy się, że dziki chodzą po miastach.„Azyl u Anety” to nie tylko miejsce. To codzienny wybór – trudny, wymagający i niezwykle potrzebny. To dowód na to, że empatia nie ma wyłącznika. A serce tego azylu bije mocniej każdego dnia – dla tych, którzy sami nie potrafią poprosić o pomoc.
